Oto nadeszła chwila, na którą wszyscy czekaliśmy: samochód, który żywi się wyłącznie nadzieją i odrobiną promieniowania kosmicznego. Model Nissan Ariya właśnie zaprezentował światu swoją wersję napędzaną energią słoneczną.
Zanim jednak zaczniecie ziewać, myśląc o powolnych ekowynalazkach z lat 90., które wyglądały jak spłaszczone lodówki na kołach od roweru, posłuchajcie: to ma sens. Przynajmniej w teorii. W praktyce mieszkamy w Polsce – kraju, gdzie „słoneczna pogoda” to często synonim braku ulewy przez piętnaście minut, co sprawia, że takie samochody elektryczne stają przed sporym wyzwaniem.
Darmowe kilometry i Nissan Ariya prosto z nieba
| Wersja i Napęd | Bateria (Netto) | Moc [KM] | 0-100 km/h | Cena [PLN] |
|---|---|---|---|---|
| Engage FWD | 63 kWh | 214 KM | 7,5 s | 194 900 zł |
| Advance FWD | 87 kWh | 238 KM | 7,6 s | 229 900 zł |
| Evolve FWD | 87 kWh | 238 KM | 7,6 s | 244 900 zł |
| e-4ORCE Advance AWD | 87 kWh | 306 KM | 5,7 s | 259 900 zł |
| e-4ORCE Evolve+ AWD | 87 kWh | 394 KM | 5,1 s | 318 900 zł |
Inżynierowie z Nissana we współpracy z holenderskimi czarodziejami z Lightyear dokonali czegoś, co jeszcze dekadę temu uznalibyśmy za czyste science fiction. Upchnęli prawie cztery metry kwadratowe wysokowydajnych paneli fotowoltaicznych na masce, dachu i klapie bagażnika.
Nie są to jednak toporne, niebieskawe wafle, które znacie z dachów domów na przedmieściach. To zintegrowane, niemal niewidoczne ogniwa krzemowe, które wytrzymają gradobicie, myjnię automatyczną i gniew ptasiej populacji. Nowy Nissan Ariya staje się tym samym mobilną elektrownią.
Efekt? W idealny, słoneczny dzień ten japoński krążownik potrafi „wyprodukować” sobie dodatkowe 23 kilometry zasięgu. W Dubaju, Kalifornii czy Barcelonie brzmi to jak genialny plan na darmowe dojazdy do pracy, kawę i powrót do domu.
Ale Nissan, z typowym dla siebie, wisielczym humorem i japońską precyzją, sprawdził też Londyn – miasto, które klimatycznie jest bliskim krewnym Warszawy. Wynik? Dziesięć kilometrów. Dziesięć!
To mniej więcej tyle, ile przejedziecie, szukając wolnego miejsca pod warszawską Arkadią lub stojąc w niekończącym się korku na trasie S8. Niemniej jednak połóżmy te dane na stole i spójrzmy na nie bez zbędnych emocji.
Dla kogoś, kto rocznie pokonuje około 6000 kilometrów w cyklu miejskim, liczba sesji, podczas których wykorzystywana jest tradycyjna ładowarka, może spaść z dwudziestu trzech do zaledwie ośmiu rocznie.
Oznacza to, że przez większość roku możecie zapomnieć o ciężkich, gumowych kablach, które w grudniu stają się sztywne i brudne jak sumienie polityka przed wyborami. To wolność, za którą wielu chętnie zapłaci, a Nissan Ariya staje się liderem tej zmiany.
Technologia znaleziona na zgliszczach upadłości
Partnerstwo z Lightyear to ruch co najmniej odważny, graniczący z technologicznym hazardem. To firma, która z wielkim hukiem splajtowała w 2023 roku, próbując sprzedawać światu ultradrogi, aerodynamiczny model „0” za dwieście tysięcy euro.
Projekt był piękny, ale ekonomicznie stabilny jak domek z kart na wietrze. Nissan jednak, zamiast kupować tonący statek, zagrał va banque – podebrał im to, co najważniejsze: patenty i wiedzę inżynieryjną, by udoskonalić model Nissan Ariya.
Kluczem do sukcesu Ariyi Solar nie jest sama obecność paneli, ale wydajność ich współpracy z instalacją auta. Panele karmią główny akumulator trakcyjny bezpośrednio prądem stałym (DC), eliminując zbędne straty na inwerterach.
System działa niezależnie od tego, czy pędzicie autostradą A2, czy stoicie w beznadziejnym korku na krakowskich Alejach. Co więcej, elektronika potrafi zarządzać energią tak, by w pierwszej kolejności zasilać klimatyzację, co w upalne dni odciąża baterię o dodatkowe kilkanaście procent.
Gdy sprawdzimy oficjalny katalog marki, zobaczymy, jak innowacyjne jest to podejście. Całość wygląda przy tym zaskakująco cywilizowanie. To nie jest jeżdżące laboratorium, które przyciąga wzrok z niewłaściwych powodów.
To wciąż elegancka Nissan Ariya zaprojektowana w nurcie „Timeless Japanese Futurism”. Różnica polega na tym, że dach faktycznie wykonuje pożyteczną pracę, zamiast tylko nagrzewać tapicerkę i waszą fryzurę.
Ile kosztuje Nissan Ariya i słoneczna przyjemność?
Zajrzyjmy do portfela, bo to tutaj zazwyczaj kończą się marzenia o ekologii. Obecnie w polskich salonach za „zwykłą” Ariyę musicie wyłożyć od 194 900 PLN za bazową wersję Engage z baterią 63 kWh.
Jeśli jednak macie ciężką nogę i chcecie poczuć prawdziwy kop, czyli 394 KM w wersji e-4ORCE z napędem na cztery koła, cena modelu Nissan Ariya szybuje w okolice 318 900 PLN.
Dużo? Za auto, które przyspiesza do setki w 5,1 sekundy i posiada wnętrze przypominające luksusowy salon w Tokio? Moim zdaniem to uczciwa oferta w świecie, gdzie za dobrze wyposażonego hatchbacka trzeba zapłacić fortunę.
Wersja solarna na razie pozostaje technologicznym manifestem. Jednak patrząc na tempo, w jakim Nissan dąży do neutralności węglowej, spodziewajcie się jej w cennikach szybciej, niż zdążycie poprawnie wymówić słowo „fotowoltaika”.
Strzelam, że dopłata za ten słoneczny luksus będzie oscylować w granicach ceny kilkuletniego auta miejskiego. Ale prestiż bycia niezależnym od wahań cen na stacjach i poczucie, że wasz Nissan Ariya „rośnie” na słońcu jak paprotka, dla wielu będzie bezcenne.
Osiągi kontra brutalna polska rzeczywistość
Standardowa Nissan Ariya z baterią 87 kWh oferuje do 533 km zasięgu według normy WLTP. Dodanie do tego „solarnych” kilometrów w kraju, w którym słońce bywa gościem rzadszym niż merytoryczna dyskusja w Internecie, wydaje się ruchem karkołomnym.
Wyobraźcie sobie tę frustrację: rano jest pięknie, wychodzicie z domu pełni nadziei na darmowe watogodziny, a po dziesięciu minutach jazdy niebo przybiera kolor brudnej ścierki. Z chmur zaczyna lecieć coś, co nie jest ani deszczem, ani śniegiem.
Z drugiej strony spójrzmy na to trzeźwo. Nawet te „marne” 10–15 kilometrów dziennie to w skali roku tysiące darmowych jednostek energii. To tak, jakby niewidzialny krasnoludek co noc dolewał wam do baku szklankę paliwa zupełnie gratis.
Wystarczy tylko zostawić auto na zewnątrz, pod gołym niebem, a nie w ciemnym i szczelnym garażu podziemnym. Nissan Ariya promuje tym samym styl życia, w którym samochody elektryczne stają się integralną częścią środowiska.
Co więcej, Nissan Ariya Solar to nie tylko panele – to cały ekosystem wydajności. Auto posiada pompę ciepła w standardzie, co w naszym klimacie jest koniecznością. Bez niej zimą zasięg topnieje szybciej niż zapał do noworocznych postanowień.
Inżynierowie zadbali, by każda cząsteczka energii – ze słońca czy z rekuperacji – została wykorzystana do maksimum. Nawet gdy tradycyjna ładowarka nie jest pod ręką, Ariya wciąż walczy o każdy metr dystansu.
Werdykt końcowy
Czy Nissan Ariya Solar uratuje planetę przed przegrzaniem? Oczywiście, że nie. Ale to pierwszy, niezwykle odważny krok do świata, w którym samochody przestają być tylko pasywnymi konsumentami energii z elektrowni węglowych.
To rozwiązanie genialne w swej prostocie i jednocześnie ambitne w realizacji. Przeglądając katalog nowoczesnych pojazdów, trudno o ciekawszy projekt z Japonii.
Jeśli mieszkacie w bloku, nie macie własnego garażu ani gniazdka na parkingu, słońce może stać się waszą realną nadzieją na elektromobilność bez stresu.
Podsumowując: to świetnie wyglądający SUV, który potrafi sam się nakarmić, gdy tylko wyjrzy słońce. Jest jak kot, który nauczył się sam otwierać lodówkę – budzi podziw i lekką zazdrość sąsiadów.
I za to, drogi Nissanie, masz u mnie dużego plusa. Nawet jeśli przez pół roku w Polsce będę musiał ładować go tradycyjnie, bo prawdziwe słońce będzie tylko legendą opowiadaną przez dziadków.





